poniedziałek, 22 lutego 2016

Wywiad z Hanną Greń

Hanna Greń (ur. 8.01.1959) - ekonomistka z wykształcenia, kryminalistka z wyboru. Urodzona w Wiśle, na stałe mieszka w Bielsku-Białej.
Magister ekonomii i właściciel biura rachunkowego (w stanie spoczynku). W dorobku autorki znajdziemy: powieści - "Cień Sprzedawcy Snów", "Cynamonowe dziewczyny" oraz "I choćbym szedł doliną ciemną", a także opowiadania.







- Petra to bohaterka, która wyjątkowo ujęła mnie za serce. Sympatyczna, zabawna i niezwykle odważna, a jednocześnie bardzo boleśnie doświadczona przez życie. Ile Hanny Greń jest w Petrze?

Petrę rzeczywiście obdarzyłam sporą ilością moich cech. Na pierwszym miejscu wymieniłabym tu niechęć do bezproduktywnego jęczenia i użalania się nad sobą lub innymi. Energię wolę poświęcać na próby zaradzenia złu. Dostała moje absurdalne poczucie humoru, każące we wszystkim doszukiwać się zabawnych stron. Otrzymała także dwie cechy, które teoretycznie powinny się wzajemnie wykluczać – skłonność do działania pod wpływem impulsu oraz kierowanie się logiką. Jej niechęć do ulegania groźbom czy naciskom to również moja cecha. Co do wyglądu, to odziedziczyła po mnie wzrost, asymetryczne rysy twarzy i niebieskie oczy.


- Jest Pani zwolenniczką małych, malowniczych miejscowości z pięknym krajobrazem, czy raczej szybkiego życia w dużym mieście, gdzie wciąż coś się dzieje?

Od wielu lat mieszkam w mieście liczącym ponad dwieście tysięcy mieszkańców. Kiedyś Bielsko-Biała miało status miasta wojewódzkiego i zajmowało drugie miejsce na liście potentatów krajowego przemysłu włókienniczego. Lubię tu mieszkać. A jednak to Wisła, w której spędziłam pierwsze osiemnaście lat, skradła moje serce i gdyby to było możliwe, chętnie bym wróciła, mimo że nie żyło się tam łatwo. Mój dom nie stał w centrum, lecz na otoczonej lasem polanie mieszczącej tylko dwie posesje, a chcąc dotrzeć do szkoły, sklepu czy autobusu, należało pokonać ponad cztery kilometry. Pieszo, bo droga przypominała tor przeszkód. Przez długie lata osada nie była zelektryfikowana, więc nie oglądało się telewizji. Zamiast tego wieczory spędzało się nad książką czytaną przy lampie naftowej. Teraz oczywiście wszystko uległo zmianie i żyje się łatwiej, wygodniej.


- Ciężko było wczuć się w role mordercy? W jego zachowanie, uczucia i najgłębsze myśli?

Być może mam w sobie ukryte predylekcje do bycia mordercą, gdyż te fragmenty pisało mi się najlepiej. Miałam wrażenie, że myślę jego myślami i odczuwam jego uczucia, a palce nie mogły nadążyć ze stukaniem w klawisze. Rozdziały opisujące mordercę powstały jako pierwsze, w ciągu dwóch tygodni, a w trakcie ich pisania musiałam mocno się ograniczać. Inaczej  powstałaby powieść  poświęcona wyłącznie tej postaci.


- Kobiety w powieści są niezwykle odważne, waleczne i potrafią stawić czoła największemu zagrożeniu. Skąd wzięła się chęć pokazania tak twardych bohaterek?

Nie lubię jęczących, rozmemłanych kobiet, które potrafią tylko siedzieć i płakać, oczekując, że ktoś rozwiąże za nie problemy. Irytują mnie osoby, które uważają, że gdy o problemie się nie mówi, to on zniknie sam z siebie. Chciałam, żeby moje bohaterki zyskały sympatie czytelników, a większość z nas zakłada, że inni myślą podobnie jak my. Życie to nieustanna walka i chciałam, żeby wyszły z niej zwycięsko.


- Czemu wątek Tamary urywa się tak szybko? Jej postać w pierwszych scenach wydawała się niezwykle ciekawa. Taki był pierwotny plan, czy decyzja zapadła w trakcie pisania powieści?

Żal mi było porzucać Tamarę i najchętniej poprowadziłabym ten wątek dalej, zamiast ograniczyć się do reminiscencji. Tylko że wówczas książka zwiększyłaby w dwójnasób swoją objętość, w dodatku stałaby się bardziej powieścią obyczajową niż kryminałem, a do takiej nie pasowałby krwawy wątek Yellowknifera.


- Czy pomysł na napisanie książki pojawił się nagle w Pani głowie, czy dojrzewał powoli?

Gdy kończyłam pisać „Cień Sprzedawcy Snów”, gdzie istotną rolę grała przeszłość zabójcy, wspomniałam pewnego małego chłopca. Był otoczony miłością, miał dobre wzorce  a mimo tego coś kazało mu robić innym krzywdę, Co gorsza, widziałam, jaką mu to sprawia radość. Zaczęłam się zastanawiać, czy zwalczył w sobie te skłonności. A może pozwolił, by przejęły nad nim władzę? Wyobraziłam go sobie jako psychopatę i już wiedziałam, że powstanie następna książka.


- Posiada Pani jakieś rytuały związane z pisaniem? Na przykład musi się to odbywać o konkretnej porze dnia, z kubkiem ulubionej herbaty, odpowiednią muzyką w tle…?

Zdecydowanie nie. Wprawdzie najlepiej pisze mi się w nocy, ale nie ma to nic wspólnego z rytuałami. Od niepamiętnych czasów najbardziej wydajna byłam w nocy niezależnie od tego, czy się uczyłam, szyłam czy wykonywałam jakieś pilne zlecenie. Do pisania wystarczy mi dostęp do komputera i papieros. Nie wymagam ciszy, nie przeszkadza mi obecność innych ludzi.


- Przeczytałam gdzieś informację, że Pani mąż jest policjantem. Czy on również, podobnie jak jeden z bohaterów, pozwala Pani na własne śledztwo?

Nie mogłaby prowadzić takiego śledztwa, nawet gdybym bardzo chciała. Nie pozwalał na to brak czasu, ponieważ nie byłam jedynie właścicielką biura rachunkowego, lecz także jego pracownikiem. Do moich obowiązków należały czynności wiążące się z największą odpowiedzialnością, w związku z czym rzadko kiedy kończyłam dzień pracy z chwilą opuszczenia biura. Wbrew temu, co głosi dowcip o policjantach, to ja brałam robotę do domu. Zdarzyło się natomiast kilka razy, że udzielałam mężowi fachowej porady, objaśniając jakiś problem z dziedziny ekonomii.


- Twórczość jakich autorów ceni Pani najbardziej? Czy któryś z nich miał szczególny wpływ na Pani powieści?

Czytam książki z różnych dziedzin, ale najbardziej lubię literaturę kryminalną. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać, wobec czego moja lektura na ogół nie przystawała do wieku. Na szczęście rodzice nie ingerowali w jej dobór, twierdząc, że jestem za młoda na takie książki. Dzięki temu zabrałam się za kryminały już wieku dziewięciu lat. Pierwszym był „Błękitny szafir” Jerzego Edigeya i sprawił, że zostałam zainfekowana. Z dawnych autorów na pierwszym miejscu stawiam  Rossa Mac Donalda, a z utworów „Błękitny młoteczek”. Ze współczesnymi nie jest już tak prosto. Nie mam ulubieńca wśród zagranicznych twórców. Z polskich najbardziej odpowiadają mi książki autorstwa Małgorzaty Rogali i Błażeja Przygodzkiego.


- Czeka Pani z niecierpliwością na kolejne recenzje, czy po jakimś czasie nie mają one już takiego znaczenia?

Każdą recenzję, niezależnie od czasu jej powstania, przyjmuję z podekscytowaniem. Cieszę się bardzo, jeśli jest pochlebna, ale nie wpadam w depresję z powodu krytyki. Nawet najbardziej negatywna ocena jest ważna, bo dzięki niej dowiaduję się, co stanowi moją słabą stronę, nad czym powinnam popracować. Rzecz jasna wolałabym otrzymywać same pozytywne recenzje.


- Kiedy możemy spodziewać się kolejnego tomu? Czy wiślański cykl ma zaplanowaną konkretną liczbę części?

Trzecia część, nosząca tytuł „I choćbym szedł doliną ciemną...”, została ukończona w grudniu. Czekam jeszcze na odpowiedź od kilku osób, które poprosiłam o opinię. Po uwzględnieniu uwag będzie gotowa do zaprezentowania wydawnictwu. Nie mam zaplanowanej konkretnej liczby części. Pierwotnie miała być tylko jedna książka. Niespodziewanie narodził się pomysł na drugą, a w trakcie jej pisania na trzecią. Teraz piszę czwartą część i mam już ogólny plan piątej. Dalej nie wybiegam myślą. Na pewno nie będę kontynuować tego cyklu na siłę, wiem bowiem, że efekty takiego działania na ogół bywają mizerne. Jeśli uznam, że Petra i Konrad nie mają już nic do powiedzenia, pożegnam się z nimi, mimo że nie lubię zrywać przyjaźni.

- Bardzo dziękuję za rozmowę.


Wywiad powstał przy współpracy z:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz